Praca Pszczyna Praca Pszczyna

pless.pl - medium nr 1 w Pszczynie

REKLAMA - BILLBOARD WIADOMOSCI

Najnowsze

  • 18 września 2020
  • 21 września 2020
  • wyświetleń: 7205

Kajakiem nad morze z prądem Wisły. Przepłynęli 946 km w 12 dni

Dwóch mieszkańców Suszca w sierpniu dotarło nad morze kajakiem, przepływając Wisłę na odcinku od Bierunia do Mikoszewa. Pokonanie w ten sposób 946 kilometrów zajęło im 12 dni. - Pierwsze kilometry nie były łatwe. Może dlatego, że wcześniej kajakiem razem pływaliśmy dwa razy, fizycznie też nie przygotowywaliśmy się specjalnie. W zasadzie to pływać nauczyliśmy się podczas tej wyprawy - przyznają.

kajakiem nad morze
Kajakiem nad morze · fot. Rafał Witoszek / archiwum prywatne


Tych dwóch śmiałków to 22-letni Grzegorz Jankowiak, student 4 roku Wydziału Mechaniczno-Technologicznego Politechniki Śląskiej oraz Rafał Witoszek, 22-letni górnik. Obaj interesują się sportem, ale żaden z nich nie trenuje profesjonalnie. - Staramy się utrzymywać ciało w dobrej kondycji przez cały czas. Ja interesuję się kolarstwem górskim, Rafał gra w piłką nożną. Od czasu do czasu chodzimy po górach w lecie, czy jeździmy na nartach zimą. Każdy z nas lubi podróżować, odkrywać nowe miejsca. Zdarzały się wypady autostopem lub zorganizowane wyjazdy. Z kajakarstwem nie mamy wiele do czynienia, nie jesteśmy zrzeszeni w żadnym klubie. Wcześniej spontanicznie wybieraliśmy się na jednodniowe wypady, ale bardzo należy podkreślić słowo spontanicznie - przyznaje Grzegorz Jankowiak, który zgodził się opowiedzieć nam o wyprawie.

Pomysł, by przepłynąć Wisłę także był bardzo spontaniczny. - Nowy rok świętowaliśmy w Oslo. Trafiliśmy na tanie loty. Zaraz po tym, jak wróciliśmy, Rafał uznał, że w tym roku musimy zrobić coś bardziej szalonego. Od szkoły podstawowej marzyliśmy o podróży busem po Europie, jednak po krótkim czasie stwierdziliśmy, że ciężko się będzie zgrać - opowiada suszczanin. - Rafał natychmiast rzucił pomysłem przepłynięcia czegokolwiek. Wybraliśmy kajak, bo nic innego, czym moglibyśmy płynąć, nie przychodziło nam do głowy, a że na rzekach się specjalnie nie znaliśmy i w sumie dalej nie znamy, wybraliśmy tą najdłuższą, czyli Wisłę - żartuje Grzegorz.

Kajakarze przyznają, że zawarli zakłady z bliskimi znajomymi, jednak mało kto im wierzył, że w ogóle się za to wyzwanie zabiorą. - Mnie chyba najbardziej pobudował wywiad z chłopakiem, który płynął sam. Stwierdziliśmy, że skoro on dał radę, to dlaczego my mielibyśmy nie dać - mówi Grzegorz Jankowiak.

Trasę Bieruń - Mikoszewo wybrali dlatego, że chcieli wypłynąć jeszcze ze Śląska. Czarnuchowice, dzielnica Bierunia to ostatnie miejsce na Śląsku, skąd mogli wystartować. Zaczęli jednak trochę bliżej, z centrum Bierunia Nowego, pod głównym wiaduktem na drodze do Oświęcimia. Pierwotnie mieli wypływać z Goczałkowic, ale mieli ograniczony czas ze względu na urlop Rafała w pracy. Wybrali więc nieco krótszą trasę.

- O tym, gdzie dokładnie dopłyniemy, dowiedzieliśmy się chyba w ostatni dzień spływu. Wypadło na Mikoszewo, ponieważ nie trzeba było przepływać przez śluzy, co trzeba zrobić na Martwej Wiśle, która uchodzi w Gdańsku - relacjonują.

Kajak przetransportowali na dachu samochodu. Wspominają, że wyglądało to trochę komicznie, ponieważ kajak ma około 5 metrów długości. Na miejscu wpakowali do niego wszystkie bagaże włącznie z jedzeniem. Szybko okazało się, że kajak, który ważył 30 kg zrobił się o wiele cięższy, tak, że trudno było go znieść na rzekę we dwójkę. Pomagali im koledzy, którzy przyjechali z nimi na start.

Loading...


W pierwszy dzień dowiedzieli się jak działają śluzy. - Na początku byliśmy trochę przestraszeni, a jednocześnie było to dla nas ciekawe. Później trochę na to narzekaliśmy, ponieważ na każdej śluzie traciliśmy cenny czas. Nie udało się przepłynąć przez dwie śluzy ze względu na niski poziom wody. Pierwszą przeszkodą była śluza "Przewozy", a drugą ta we Włocławku. Było to uciążliwe, ponieważ po godzinach wiosłowania musieliśmy wychodzić z kajaku, wyciągać bagaże i przenosić je na drugą stronę, a później wracać się po kajak i na barkach przenosić go na drugą stronę. We Włocławku szliśmy około kilometra - opowiadają.

Warunki pogodowe nie zawsze im sprzyjały. Często padał deszcz, a ich ubrania nie miały kiedy wyschnąć. Młodzi podróżnicy opowiadają, że na początku wyprawy spotkali rybaków, którzy ich zatrzymali i ostrzegli przed burzą. Doradzili im, żeby zawsze wychodzili z wody w czasie burzy i nie bagatelizowali nawet najmniejszych jej oznak. Wzięli sobie to do serca.

Ciężkie chwile mieli w paru miejscach. - Na odcinku Płock-Włocławek zrobiony jest zalew. Nurt wody jest praktycznie znikomy. W dzień, w który tam dopłynęliśmy zaczął wiać silny wiatr z naprzeciwka, co powodowało fale przeciwne do nas. Płynęło się okropnie, średnio co 20 minut wybieraliśmy wodę z kajaka. Przez cały dzień przepłynęliśmy dużo mniej niż mieliśmy docelowo zrobić. Dopiero wieczorem, gdy wiatr się uspokoił, staraliśmy się nadrobić zaległe kilometry. Mieliśmy czołówki na głowach, które i tak mało dawały. Miejsce do którego mieliśmy dopłynąć, czyli tama we Włocławku było dobrze oświetlone, dlatego płynęliśmy w stronę tego światła. Dotarliśmy tam około 22.00. Na miejscu, kiedy rozbijaliśmy obóz, byliśmy wyczerpani. Na dobicie okazało się, że przedziurawił nam się dmuchany materac - od tego czasu spaliśmy na ziemi. Zobaczyliśmy też, że zalało nam jedną lukę bagażową, w której mieliśmy jedzenie - wspomina Grzegorz Jankowiak.

- Ze słabszych chwil, był jeszcze dzień, kiedy przepływaliśmy przez Toruń. Cały dzień padał deszcz i wiał wiatr, musieliśmy robić postoje, żeby się ogrzać. Staraliśmy się robić założoną normę kilometrów na dzień i na początku także pływaliśmy po ciemku, ale szybko uznaliśmy, że jest to niebezpieczne i nie ma to większego sensu - dodaje.

Jakie doświadczenia i rady dla przyszłych śmiałków mają kajakarze z Suszca?

- Wisła jest szeroka, ale może to być mylące. Wydaje się, że można ścinać zakręty, jednak trzeba płynąć tak, jak idzie koryto rzeki. Często nadrabialiśmy dużo kilometrów bo płynęliśmy zygzakiem, ale niestety było to konieczne - zaznaczają.

Czasami na środku rzeki można było się zatrzymać, bo było wody po kostki. Przez pierwsze dni spływu kajakarze jeszcze uważali na przeszkody na rzece, szczególnie na bystrza, czyli kamienie wystające delikatnie ponad powierzchnię wody. - Baliśmy się, że zniszczymy przez to kajak. Ale jak zaczęło zależeć nam na czasie i płynęliśmy po ciemku, to już nie zwracaliśmy na to uwagi. Na szczęście kajak jakoś to przetrwał - opowiadają.

Taka podróż wymagała sporej dyscypliny.

- Wiosłowaliśmy zazwyczaj od 7.00 rano do 20.00, o ile pozwalała nam na to pogoda. Zdarzało się płynąć do późniejszych godzin. Płynęło się znośnie, choć najgorsze były pierwsze godziny, gdy mięśnie jeszcze nie były rozgrzane. Nieprzyjemne było ubieranie o 7.00 rano przemoczonych ubrań, ponieważ było w nich zimno. Staraliśmy się płynąć przez godzinę robiąc po tym przerwę na 10 minut. Około 12.00 lub 13.00 robiliśmy dłuższe przerwy na obiad - mówi Grzegorz. - Staraliśmy się pokonywać 80 km dziennie, nie zawsze to jednak wychodziło. Najmniej zrobiliśmy 56 km, a najwięcej 106 km.

Opowiadają, że przygotowania do spływu nie trwały długo. Parę dni wcześniej kupili jedzenie na kilka dni. Były to klasyczne zupki chińskie, konserwy i batoniki. Na 4 dni mieli też jedzenie pakowane hermetycznie z podgrzewaczem chemicznym, a także grochówki zagęszczone, które podgrzewali na ognisku. Jeżeli była taka możliwość, zatrzymywali się w miejscach, gdzie można było zjeść w jakiejś knajpie lub restauracji.

Czasami zjedzenie posiłku było dużym wyzwaniem. Jednego dnia, gdy nie mieli już zapasów prowiantu, chcieli zjeść gdzieś porządny obiad. Nie było jednak po drodze zbyt wielu miejsc, w których można by to było zrobić. Zatrzymali się w końcu w Ciechocinku. Pechowo rzekę od centrum miasteczka oddzielał las. Szli 1,5 godziny z kompasem, w wysokich pokrzywach. W międzyczasie rozpętała się burza i znowu zmokli. Obiad w końcu zjedli.

Spali codziennie w namiocie. Rozbijali się w miejscach, gdzie była wysepka przy brzegu. Przydały się ciepłe śpiwory, kurtki przeciwdeszczowe (które i tak przemokły), 2 pary bluz i spraye na komary, które przy rzece niemiłosiernie uprzykrzały życie. Oprócz tego mieli ze sobą latarki i dużo powerbanków, aby móc podładować telefony. Jako oświetlenie, najbardziej sprawdzały się czołówki. Przydał się też ostry nóż, który był wykorzystywany do wielu rzeczy.

- To nasz pierwszy wyczyn tego typu. Mamy nadzieję, że będzie ich więcej. Żałujemy jedynie, że nie płynęliśmy w jakimś celu, tzn. nie zorganizowaliśmy przy tym jakiejś zbiórki charytatywnej, ale usprawiedliwiamy się tym, że nie mieliśmy żadnego doświadczenia i nie było wiadomo, czy damy radę dopłynąć - mówi Grzegorz Jankowiak.

Śmiałkowie przyznają, że po wyprawie na koncie mają trochę przygód. - Rodzina i znajomi narzekają, że tak mało im opowiadam, ale ciężko jest sobie przypomnieć w jednym czasie wszystkie ciekawe zdarzenia. Do zabawnych sytuacji możemy zaliczyć to, jak odpłynął nam kajak, chociaż wtedy nie było nam do śmiechu. Wieczorem wyciągnęliśmy go na wysepkę przy brzegu, gdzie rozbiliśmy obóz. Do czasu jak poszliśmy spać, wszystko było w porządku. Rano po wyjściu z namiotu zauważyłem, że nie ma kajaku. Rafał nie chciał mi uwierzyć, ale wstał i szybko się przekonał, że nie żartuję. Na nasze szczęście odpłynął około stu metrów od nas i zatrzymał się przy brzegu, na piasku. To nauczyło nas, że musimy go przywiązywać na noc, albo wyciągać wyżej na brzeg. Ciekawie było też, jak wpadła nam do kajaka mała ryba, wpuściliśmy ją od razu do wody, mimo, że byliśmy głodni - śmieje się Grzegorz.

Podróż zakończyli w piątek, 28 sierpnia wieczorem, po 12 dniach na rzece.

- Przez zmęczenie nie było po nas widać radości. Doszło do nas dopiero później, że nam się udało. Na mecie czekała na nas moja dziewczyna ze swoją przyjaciółką, które specjalnie po nas przyjechały. Spędziliśmy wspólnie jeszcze resztę weekendu w Gdańsku, gdzie mieliśmy wynajęte mieszkanie. Wróciliśmy samochodem z kajakiem na dachu, chociaż pierwotnie chcieliśmy go zostawić nad morzem. Zdecydowaliśmy jednak w końcu, że uroczyście spalimy go na stosie w Suszcu - wspominają nasi rozmówcy.

ar / pless.pl

REKLAMA - BANER POD ARTYKUŁEM

Komentarze

Zgodnie z Rozporządzeniem Ogólnym o Ochronie Danych Osobowych (RODO) na portalu pless.pl zaktualizowana została Polityka Prywatności. Zachęcamy do zapoznania się z dokumentem.